100. Alice Cooper - Poison
Ten gościu znalazł się tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że był pionierem, jeśli chodzi o próby zagospodarowania niszy przerażacza metalowego (co prawda był raczej śmieszny, niż straszny, ale liczą się starania), a po drugie ze względu na sentyment do tego utworu. Charcz krwią dalej, Alicja!
99. Iron Maiden - Fear Of The Dark
Kolejny utwór, który znalazł się na tej liście raczej przez mój sentyment, niż jego zajebistość. Ale trzeba też przyznać, że Iron Maiden swoje zrobił dla popularyzacji metalu, zwłaszcza w jego nowofalowym wydaniu. A i Fear Of The Dark wybija się niejako z morza stolca granego na jedno kopyto, które Bronek Dyniek i spółka spłodzili przez lata. Poza tym na metal - bibach przy tym może być niezły rozpierdol.
98. Tenacious D - Beelzeboss
Utwór - kukiełka. Jest on starciem na muzyczne improwizacje między Tenacious D a Szatanem (gościnny występ Dave'a Grohla, kiedyś występującego w Nirvanie, obecnie w Poo Fighters... czy jakoś tak). Mistrzowsko debilne teksty wywindowały ten utwór na tę oto listę zajebistości.
97. Green Jello - Three Little Pigs
Pięknie pokręcona wariacja na temat bajki o trzech świnkach, z gościnnym występem Rambo. Najlepiej wychodzi w pakiecie z teledyskiem. Ciekawostką jest to, że w Green Jello zaangażowany był Maynard James Keenan, znany z Tool'a.
96. Dethklok - Go Into The Water
Kreskówkowe wydanie metalu. Melodyjny dedczyk z absurdalnymi tekstami (absurdalnymi inaczej niż u niekreskówkowych dedczyków). Ten konkretny kawałek zagrali w Zatoce Gdańskiej dla ryb Morza Bałtyckiego.
95. The Quill - Until Earth Is Bitter Gone
Skandynawskie podejście do stoner rocka. Nawet udane. Fajnie przestarowane gitary i w ogóle. Miałem przyjemność oglądać ich jako support dla Monster Magnet w Stodole w Warszawie, około 2003 roku. Dali rade.
94. Sheavy - The Rook
Kolejne znalezisko z bezkresnych i słabo zbadanych bezdroży stoner rocka. Ciekawie zniekształcone gitary, eksperymenty z załamaniem tempa i wokal naśladujący Ozzy'ego Osbourne'a dają wynik przyzwoicie zajebisty. Tym bardziej zajebiście, że kolesie sprzedają swoje płyty z bagażnika samochodu.
93. KMFDM - World War 3
Superszybkie tempo, nałożone elektroniczne dźwięki i fragmenty przemówień Georga Busha w połączeniu z nieprzychylnym dla neokonów tekstem dają piorunujący efekt. Polecam do śniadania.
92. Dope - Die Motherfucker, Die
Dobra gitara i czysta agresja. Czego chcieć więcej?
91. Ska P - Crimen Sollicitationis
Banda hiszpańskich komuchów. Ogólnie kawałek o tym, jak panowie w sutannach uganiają się za ministrantami. W pytke.
piątek, 18 lutego 2011
Nowa Ramówka
Zaczynamy nowe rozdanie w Nocniku! Pojawią się cykliczne rubryki, a już dziś rozpoczynamy publikowanie Listy 100 Najbardziej Zajebistych Utworów Gitarowych Wszech Czasów! Oczywiście jest to lista kompletnie subiektywna i wyraża tylko i wyłącznie moje poglądy na temat.
Zasady są bardzo proste - codziennie będę publikował kolejną dziesiątkę. Trochę skomplikuję sprawę z ostatnią dyszką - ostatnia trójka utworów dostanie każda swój dzień. Do każdego utworu dorzucę krótkie uzasadnienie jego pozycji i samej obecności na liście. Dodatkowe utrudnienie polega na tym, że dana kapela może zaistnieć tylko raz na liście. Endżoj.
Zasady są bardzo proste - codziennie będę publikował kolejną dziesiątkę. Trochę skomplikuję sprawę z ostatnią dyszką - ostatnia trójka utworów dostanie każda swój dzień. Do każdego utworu dorzucę krótkie uzasadnienie jego pozycji i samej obecności na liście. Dodatkowe utrudnienie polega na tym, że dana kapela może zaistnieć tylko raz na liście. Endżoj.
środa, 19 stycznia 2011
The Washington Potty
I stało się! Nocnik Bałtycki dorobił się wersji anglojęzycznej! Posty publikowane na Nocniku stopniowo przenoszone będą w wersji angielskiej na stronę The Washington Potty, pierwszy post już jest. Zapraszamy!
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Tryumf Chaosu cz.3 "Fuck The Millennium"
Bardzo to z resztą pasuje do dalszych wydarzeń – niedługo po wydaniu tego singla KLF odpalili niezły numer. Na rozdaniu nagród BRIT Awards (gdzie zostali wybrani najlepszym brytyjskim zespołem roku!), zakończyli swój występ ostrzelaniem widowni ślepakami z karabinu maszynowego, po którym ich agent oznajmił, że KLF na zawsze opuszcza przemysł muzyczny. Jakby tego było mało, podrzucili jeszcze zakrwawionego trupa jagnięcego na afterparty po rozdaniu nagród. Oburzyli tym wszystkim śmietankę zarówno świata muzycznego, jak i krytyków, jednak dość wiernie trzymają się tego stwierdzenia – skasowali cały swój katalog w Wielkiej Brytanii, wypuścili tylko kilka kawałków (między innymi „Fuck The Millennium”), jednak kompletnie niekomercyjnie.
Mimo, że Drummond i Cauty trzymają się z dala od muzyki, nie zaprzestali działalności w ogóle. Założyli The K Foundation, która zajmuje się różnoraką dziwaczną twórczością para-artystyczną. Najsłynniejszy happening miał miejsce w 1994r., kiedy to spalili milion funtów. Nagrali również o tym film. Później próbowali wystawić walizkę z popiołem powstałym po spaleniu pieniędzy w galerii sztuki, przy okazji obnażając głupotę i zakłamanie krytyków i znawców sztuki, by ostatecznie przerobić popioły po milionie funtów na wielką cegłę. Kolejny film, pt. „A Brick” to jedno, czterominutowe ujęcie tej cegły. Do tej pory pojawił się jeszcze jeden film wydany przez The K Foundation, zatytułowany „Pissing In The Wind”. Jak można sie domyślić, przedstawia Drummonda, Caulty’ego i ich kumpla lejących pod wiatr.
Tryumf Chaosu cz.2 "What Time Is Love?"
W 1990 roku wydali "Chill Out", ambientowy album koncepcyjny. Koncept jest taki, że jest to ciągła kompozycja, będąca dźwiękowym odtworzeniem nocnej podróży wzdłuż amerykańskiego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Wciąż mnóstwo sampli, jednak, jak sam tytuł płyty wskazuje, tempo jest mniejsze i wszystko jest o wiele bardziej spokojne. Jeśli o muzykę elektroniczną chodzi, brzmienie KLF na "Chill Out" stanowiło antytezę takich pierdzieli jak Jean Michelle Jarre, który zabunkrował się w kiblu swoimi bzdetnymi syntezatorami, żeby w spokoju grzebać drewnianą łyżeczką we własnym wystygniętym stolcu. KLF wprowadziło do elektroniki i ambientu pewien minimalizm, momentami wręcz słychać, że wydobywają dźwięki z obfajdanego keyboardu i przepuszczają to przez podziurawioną puszkę po piwie ( technologia, którą zapewne zajebali od tragicznie zmarłego ESKA Nord). Dość ciekawa sprawa, jeśli ktoś lubi siedzieć po ciemku przy klawiszu i jadących pociągach.
W 1991 roku ukazał się kolejny album, "The White Room". Projekt ten rodził się w bólach. Oryginalnie miał być ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule, tworzonym przez gości z KLF. Budżet wziął się z pieniędzy zarobionych ze sprzedaży singla „Doctorin The Tardis”, jednak szybko kasa zaczęła wysychać. Żeby trochę podreperować portfel, KLF wydało singiel „ Kylie Said To Jason”, jednak okazał się kompletną klapą. Film został zawieszony, a White Room poddany został poważnym przeróbkom. Wypuścili kilka singli, przeróbek wcześniejszych utworów, zremiksowanym według formuły „Stadium House” – pop-rockowa oprawa, sample tłumu, rapowanie i więcej wokalu, nakładki w stylu acid house.
Sporo ich największych hitów pochodzi właśnie z tej płyty m.in. „3 A.M. Eternal”, „Last Train To Trancentral”, „The White Room” i „Justified And Ancient” z wokalem Pierwszej Damy Country, Tammy Wynette. Poza nią gościnne występy zaliczyło wielu innych wykonawców a sama płyta okazała się sporym sukcesem. Na marginesie dodam, że pierwotna wersja "The White Room", jak i sam film, nigdy nie zostały wydane oficjalnie, jednak krążą bootlegowe wersje obu.
Tryumf Chaosu cz.1 "Mu Mu"
Po recenzjach kilku nowości, pora na odkopanie starocia. Chodzi o KLF, zespół, który zaczynał swoją działalność 24 lata temu. Duet ten, składający się z Billa Drummonda ( vel King Boy D) i Jimmy’ago Cauty ( alias Rockman Rock), współuczestniczył w formowaniu takich dziwacznych gatunków muzycznych, jak ambient house ( mieszanka ambientu i house’a, początkowo zapodawana jako uspokajacz na fazę zjazdu po rave’owym ćpaniu) i stadium house ( zasadniczo rave z pop – rockowymi wstawkami i dodatkiem sampli okrzyków tłumu). Brzmi groźnie. Oczywiście duet ten nie ograniczał się tylko do tego, z resztą wstawianie ich twórczości w jakiekolwiek ramki jest zarówno bezcelowe, jak i krzywdzące dla zespołu.
Jeśli miałbym się pokusić o jakieś określenia dla KLF, na pierwszy rzut oka najbardziej pasowałoby „banda pojebów”. Zaraz potem mógłbym stwierdzić, że najnormalniej w świecie zrzynali z całej plejady gwiazd muzycznych. Oba określenia są w jakiś sposób uzasadnione – nie trzeba nawet czytać o ich happeningach ( np. spalenie miliona funtów), wystarczy zobaczyć kilka ich teledysków, żeby stwierdzić, że nie są, mówiąc delikatnie, szablonowi. A zrzynanie? Większość ich singli kipi samplami znanych utworów, od ABBY, przez Snap! aż do riffu z „Ace of Spades” Motorhead’u. Jednak to tylko wierzchołek góry lodowej, ciekawsze rzeczy kryją się głębiej. Może zatem od początku.
Przede wszystkim panowie Drummond i Cauty zmieniali swoje artystyczne pseudonimy kilkakrotnie. Zaczynali jako The Justified Ancients of Mu Mu ( co kurwa?!), co czasami skracali do The JAMs, jeden singiel wydali jako The Timelords (nawiązanie do serialu Doctor Who), KLF (czyli Kopyright Liberation Front, raz rozwinięte jako Kings of Low Frequency), raz również przybrali ksywkę 2K ( jako twórcy utworu „Fuck The Millennium"). Ufff. Jak widać nawet przy nazywaniu samych siebie wykazali się specyficzną pomysłowością.
Zadebiutowali singlem „All You Need Is Love” w 1987r. Ogólnie rzecz biorąc porąbany zbitek sampli Beatlesów, MC5 i Samanthy Fox ( "Touch Me ( I Want Your Body)"), poprzetykany jakimiś okrzykami Drummonda i Cauty’ego i masą dziwacznych elektronicznych dźwięków. A potem odjazd narastał.
Tego samego roku ukazał się pierwszy album JAMs, "1987( What The Fuck Is Going On?)". Dość szybko doprowadził do kontrowersji. Znów mocno korzystał z sampli cudzych kawałków, znów bez pytania o zgodę. Jego recenzje dotarły w końcu do ABBY, którzy natychmiast zażądali wycofania albumu ze sprzedaży i zniszczenia niesprzedanych egzemplarzy. JAMs’om zrobiło się przykro, ale postanowili wybrać się do Szwecji na audiencję u Jej Wysokości Agnethy, osobiście prosić o zgodę na wykorzystanie sampli „Dancing Queen”. Doszli do wniosku, że jak pogadają twarzą w twarz, zimni Szwedzi zmiękną. Nie zmiękli, więc Drummond i Cauty, wkurwieni i zawiedzeni, spalili pozostałe kilkaset egzemplarzy jeszcze w Szwecji (zdjęcie z tego palenia posłużyło za okładkę następnego pełnowymiarowego wydawnictwa JAMs’ów). Plotka głosi, że zachowali kilka egzemplarzy dla siebie, dwa z nich sprzedali na aukcjach po 1000 funtów każdy, jeden oddali kumplowi i jeden wciąż przechowują. W każdym razie przerobili swój album, wycinając nielegalne sample. W ich miejscu pozostały wielkie połacie ciszy a nową wersję wydali pod tytułem "1987 (The JAMs 45 Edits)".
Następny album wydali rok później. "Who Killed The JAMs?" to ostatni krążek wydany pod pseudonimem The Justified Ancients of Mu Mu. Jak już wspomniałem, na okładce znalazło się zdjęcie z palenia niesprzedanych egzemplarzy poprzedniej płyty. Do tego wydarzenia odnosi się także utwór „Burn The Bastards” (strona B). Utrzymany w podobnym klimacie jak album debiutancki, czyli mieszanina sampli (trochę lepiej schowanych, tym razem), automatu perkusyjnego i hip hopu ( momentami ze szkockim akcentem). Sami JAMs twierdzili, że ich drugi krążek miał być albumem metalowym, jednak kiedy po pierwszej płycie recenzenci potraktowali ich na serio, postanowili pobawić się jeszcze z tym materiałem. Żeby zacytować samych JAMs’ów: „To tak, jak ciśniesz kloca, musisz ostro dusić i myślisz, że już nigdy nie będziesz musiał znowu w życiu srać. A po pół godziny myślisz, że może jednak tak.” Obrazowe.
W 1988r. ukazały się dwa wydawnictwa: singiel „Doctorin The Tardis” (wydany pod pseudonimem The Timelords), który stał się hitem numer 1 na brytyjskiej liście singlowej. Cały utwór to mieszanina przeróbki Garry’ego Glittera i utwór z czołówki Doctor Who. W teledysku do tego utworu pojawia się mocno przerobiony Ford Galaxie, przypominający Bluesmobile wóz Drummonda, oraz pokraczne, tekturowe Daleki ( złe stworki z Doctor Who). Drugim wydawnictwem był podwójny album remixów poprzednich nagrań JAMs pt. "Shag Times".
Potem było "The What Time Is Love? Story". Kompilacja zawierająca sześć wersji utworu “What Time Is Love?” Cztery z nich to rzekomo covery nagrane przez inne kapele. Hmm. Jak dla mnie trochę popiardówa, ale istotna, bo pojawi się późniejsza wersja tego kawałka i okaże się zajebista.
czwartek, 2 grudnia 2010
Sygnały Polityczne cz. 2
Opadły już pierwsze emocje związane z wyborami samorządowymi, więc czas na refleksje. Co prawda w wielu miejscach czeka nas jeszcze druga tura, jednak można pokusić się o pewną analizę. Najlepszego komentarza dostarczyli jednak sami politycy:
Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów powiedział: "Gdyby nie ta zaplanowana, perfidna, przeprowadzona z pełną premedytacją akcja, my byśmy te wybory wygrali. Ona była po to, żebyśmy ich nie wygrali." Owszem, panie prezesie, taka akcja, zaplanowana i przeprowadzona z premedytacją miała miejsce. Nazywała się Kampania Wyborcza.
Podczas tego samego przemówienia, Jarosław Kaczyński postawił kolejną ciekawą tezę: "Trzeba nad tym pracować, różnica jest dużo mniejsza niż w wyborach w 2007 roku. PO bardzo straciła wobec tych wyborów. Jest nowe otwarcie. Gdyby nie akcja Joanny Kluzik-Rostkowskiej i jej towarzyszy, to nasz wynik byłby lepszy. Zaczyna się koniec epoki PO." W związku z tym mam do pana prezesa dwa pytania. Pierwsze o to, w jaki sposób można piąte z rzędu wygrane przez PO wybory nazwać ich klęską. Drugie o to, w jaki sposób należy interpretować w świetle jego słów fakt, iż to trzy partie poprawiły swój wynik wyborczy w stosunku do wyborów z 2007r. i wśród tych partii nie znajduje się PiS?
Wiem, że dość już na dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego, ale jego produktywność w okresie około - wyborczym wybuchła z niesamowitą intensywnością i uważam, że należy się do tego odnieść. Chciałbym się zatem odnieść do wypowiedzi pana prezesa z Nowej Sarzyny, gdzie stwierdził, iż zadaniem samorządu jest "stworzenie nowego motoru rozwoju gminy, motoru, który da miejsca pracy, przyśpieszy tempo wzrostu i będzie rozwiązywał inne problemy". Rozumiem, że pan prezes zamierza ten efekt osiągnąć poprzez zasiadanie z pisowskimi radnymi w kółeczku przy ognisku i śpiewaniu "Kumbayah".
Podczas samego głosowania najciekawsza sytuacja miała miejsce z udziałem Waldemara Pawlaka. Wszedł on do lokalu wyborczego, przywitał się z członkami komisji, po czym bez żadnych formalności otrzymał karty do głosowania. No ale kumpli od kielicha się nie zapomina!
Poseł PSL, Eugeniusz Kłopotek, stwierdził, że po wyborach atmosfera w koalicji się poprawi. Myślę, że poprawiłaby się jeszcze bardziej, gdyby pozbyli się głupotka.
Piotr Strzembosz, wspólny kandydat na prezydenta Warszawy UPR i Prawicy RP, podzielił smutny los Wojciecha Wierzejskiego z poprzednich wyborów i przegrał z kandydatem wystawionym przez Komitet Gamoni i Krasnoludków. Tutaj komentarz jest zbędny.
W Krakowie w drugiej turze spotkają się prof. Jacek Majchrowski, od dwóch kadencji prezydent Krakowa, oraz wojewoda Małopolski, Stanisław Kracik, były burmistrz Niepołomic. Z jednej strony facet, który organizuje wielki przetarg na wycięcie drzew z ronda, z drugiej gość, który co prawda szkodził gminie, ale nieumyślnie.
Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów powiedział: "Gdyby nie ta zaplanowana, perfidna, przeprowadzona z pełną premedytacją akcja, my byśmy te wybory wygrali. Ona była po to, żebyśmy ich nie wygrali." Owszem, panie prezesie, taka akcja, zaplanowana i przeprowadzona z premedytacją miała miejsce. Nazywała się Kampania Wyborcza.
Podczas tego samego przemówienia, Jarosław Kaczyński postawił kolejną ciekawą tezę: "Trzeba nad tym pracować, różnica jest dużo mniejsza niż w wyborach w 2007 roku. PO bardzo straciła wobec tych wyborów. Jest nowe otwarcie. Gdyby nie akcja Joanny Kluzik-Rostkowskiej i jej towarzyszy, to nasz wynik byłby lepszy. Zaczyna się koniec epoki PO." W związku z tym mam do pana prezesa dwa pytania. Pierwsze o to, w jaki sposób można piąte z rzędu wygrane przez PO wybory nazwać ich klęską. Drugie o to, w jaki sposób należy interpretować w świetle jego słów fakt, iż to trzy partie poprawiły swój wynik wyborczy w stosunku do wyborów z 2007r. i wśród tych partii nie znajduje się PiS?
Wiem, że dość już na dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego, ale jego produktywność w okresie około - wyborczym wybuchła z niesamowitą intensywnością i uważam, że należy się do tego odnieść. Chciałbym się zatem odnieść do wypowiedzi pana prezesa z Nowej Sarzyny, gdzie stwierdził, iż zadaniem samorządu jest "stworzenie nowego motoru rozwoju gminy, motoru, który da miejsca pracy, przyśpieszy tempo wzrostu i będzie rozwiązywał inne problemy". Rozumiem, że pan prezes zamierza ten efekt osiągnąć poprzez zasiadanie z pisowskimi radnymi w kółeczku przy ognisku i śpiewaniu "Kumbayah".
Podczas samego głosowania najciekawsza sytuacja miała miejsce z udziałem Waldemara Pawlaka. Wszedł on do lokalu wyborczego, przywitał się z członkami komisji, po czym bez żadnych formalności otrzymał karty do głosowania. No ale kumpli od kielicha się nie zapomina!
Poseł PSL, Eugeniusz Kłopotek, stwierdził, że po wyborach atmosfera w koalicji się poprawi. Myślę, że poprawiłaby się jeszcze bardziej, gdyby pozbyli się głupotka.
Piotr Strzembosz, wspólny kandydat na prezydenta Warszawy UPR i Prawicy RP, podzielił smutny los Wojciecha Wierzejskiego z poprzednich wyborów i przegrał z kandydatem wystawionym przez Komitet Gamoni i Krasnoludków. Tutaj komentarz jest zbędny.
W Krakowie w drugiej turze spotkają się prof. Jacek Majchrowski, od dwóch kadencji prezydent Krakowa, oraz wojewoda Małopolski, Stanisław Kracik, były burmistrz Niepołomic. Z jednej strony facet, który organizuje wielki przetarg na wycięcie drzew z ronda, z drugiej gość, który co prawda szkodził gminie, ale nieumyślnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)